sobota, 18 września, 2021

Ubrania – ważna część dziedzictwa

Jak na przestrzeni lat zmieniało się nasze podejście do strojów? Dlaczego panie musiały nosić nowe stroje, a mężczyźni – wręcz przeciwnie? Czego dzieci powinny uczyć się na lekcjach historii? Z dyrektor artystyczną w Mme Chantberry – Kostiumologia i Krawiectwo Artystyczne Justyną Sepiał-Rychlik rozmawia Ada Buniewicz.

Jak najkrócej można nazwać to, czym się państwo zajmujecie?

Wykonujemy eksperymenty historyczne.

???

To znaczy sprawdzamy, czy to, co noszono dawniej, faktycznie „działa”.

I działa?

Oczywiście! My w strojach i butach wiktoriańskich chodzimy nawet po górach. Oczywiście w specjalnych strojach i specjalnych butach – przystosowanych do takich aktywności. I baaardzo drogich…

Blisko współpracujecie państwo z muzeami – czy zdarzyło wam się jakieś nietypowe zlecenie?

Raczej nie, choć niedawno w Muzeum Ziemi Wronieckiej przygotowaliśmy prelekcje o potrawach i nakryciu stołu, a także pokazy kosmetyczne czy fryzjerskie, których wcześniej nie robiliśmy. To był pokaz czesania i makijażu damy XVIII-wiecznej.

Czym był wykonywany ten makijaż?

Mamy kosmetyki przygotowane na bazie przepisów XVIII-wiecznych, ale używaliśmy ich współczesnych odpowiedników. Nasze modelki są bardzo młode i wolimy nie stosować tamtych kosmetyków, które wcale nie są przyjemne w użyciu. Jest to np. pomada na tłuszczu zwierzęcym, którą stosowałam już kilka razy i wiem, że bardzo mocno obciąża ona włosy. W dodatku, mimo dodania wielu olejków zapachowych, niezbyt przyjemnie pachnie i bardzo trudno ją zmyć.

Czy pani zdaniem tekstylia to ważna część kolekcji muzealnych?

To bardzo ważna część dziedzictwa kultury materialnej. W tej chwili bardzo lekceważąco podchodzimy do ubrań; to „śmieciowe” podejście jest pewnym ewenementem w dziejach naszej kultury. Dawniej ubrania były bardzo kosztowne i cenne. Starannie je przechowywano, były też spisywane w inwentarzach majątkowych i spadkowych.

Prawie jak eksponaty w muzeach…

Istnieją spisy pośmiertne całych majątków, w których są wymienione ubrania. Bywały one też wymieniane w testamentach, np. pewna mieszczka pisała, że zapisuje „spódnicę, trochę zniszczoną, ale dobrej roboty” swojej bratanicy.

Wynikało to pewnie z tego, że nie każdego było stać na kupno porządnego stroju?

Szlachcic w dworku miał dwa zestawy ubrań: jeden na co dzień, drugi odświętny. Służący z kolei miał tylko jedno ubranie, w którym chodził cały czas. Był bogaty, jeśli do tego miał koszulę na zmianę.

O butach nie wspominając…

Ubogi szlachcic idąc do kogoś z wizytą niósł na kiju zawiniątko, w którym miał buty i kontusz. Zakładał je dopiero przed domem, do którego zmierzał.

Która z epok jest najciekawsza, jeśli chodzi o stroje?

Nie ma takiej. Każda ma jakieś ciekawe aspekty i każdy z rekonstruktorów czy kostiumologów ma swoją ulubioną. Są tacy, którzy specjalizują się w jednej epoce, ograniczając się do 20-30 lat. My realizując program wiktoriański ściśle trzymamy się 4 lat. Kiedy robimy taki pokaz staramy się, aby stroje były w bardzo wąskim datowaniu, bo to potem dobrze wygląda w dokumentacji, jakby było przeniesione w czasie. Wiem, że są imprezy, gdzie datowanie ogranicza się do jednego roku i wszyscy muszą udokumentować, że stroje są wykonane według wzorów dokładnie z tego roku.

Z czego korzysta się przy przygotowywaniu strojów z epoki?

To jest szeroka dokumentacja źródłowa. Ryciny, portrety, wykroje, zachowane zabytkowe ubiory, które rozpracowuje się w procesie konserwacji. Od jakiegoś czasu przy badaniach ubiorów wykorzystuje się promieniowanie rentgenowskie i sprawdza, co jest w środku, jakie są kolejne warstwy. Daje to bardzo ciekawe efekty, bo znajduje się np. dodatkowe warstwy woskowanego papieru, który usztywniał, a w jednym ze strojów znaleziono ostatnio dwie złamane igły.

Ile trwa uszycie takiego stroju?

Zależy jakiego.

Damskie są bardziej pracochłonne niż męskie?

Nie zawsze. Damska moda szybciej się zmieniała, kobiety zawsze więcej wydawały na ubiory, ale kobiece stroje w porównaniu do męskich są uszyte wręcz niedbale. W epoce wiktoriańskiej obowiązywało zalecenie, by kobieta nie pokazywała się w jednej sukni więcej, niż 4-5 razy. Ranga sukni spadała: najpierw pokazywała się w niej na przyjęciu poza domem, potem na prywatnym, a wreszcie nosiła ją tylko wieczorem, w gronie rodzinnym. Należało się często pokazywać w nowym stroju, więc kobiety przerabiały swoje suknie, zwłaszcza że pod koniec XIX wieku dostępne już były maszyny do szycia i żurnale z wykrojami. Wydatki na damskie ubiory były jednak przeogromne i rujnujące budżety czasem nawet dość zamożnych osób. Mężczyznom przeciwnie: zalecano, by nie nosili nowych strojów. Prawdziwy, elegancki dżentelmen nosił swój frak, kamizelkę czy płaszcz od dłuższego czasu. Jeśli ktoś nagle pojawił się ubrany od stóp do głów w nowe ubranie, wytykano go jako nuworysza. Mężczyźni dodawali więc nowe elementy stopniowo. Przygotowanie męskiego ubioru wymaga znacznie więcej procesów technologicznych. Te wszystkie podłożenia, watowania, które dziś wykonuje się praktycznie automatycznie, my robimy techniką bastingu, czyli delikatnego podszywania sztywnikiem marynarek tak, by nie było tego widać po prawej stronie tkaniny. Jest to bardzo czasochłonne i wymaga dużej wprawy. Na męskie ubrania używano mniej tkanin, ale ilość włożonej pracy i koszt rzemiosła był wyższy, niż w przypadku damskich sukien. Pod koniec XIX wieku nastąpiło ciekawe zjawisko: damska moda „przeszła” na męską stronę. Kobiety częściej stosowały w swoich sukniach wełny garniturowe, żakiety były wzorowane na męskich marynarkach, dzienne ubiory były pozbawione większości ozdób. Cała „ozdobność” z którą kojarzymy wiek XIX, pozostała w kreacjach balowych.

Czy te stroje są wygodne?

Jak są dobrze uszyte, to tak. Jeśli ktoś się męczy w rekonstrukcji ubioru, to znaczy, że strój jest źle uszyty.

Chciałaby pani przenieść coś z ówczesnej mody do czasów dzisiejszych?

Tak, większy szacunek do ubioru jako tworu ludzkich rąk. Chciałabym odwrócić ten trend łatwego kupowania i wyrzucania ubrań. Znam bardzo wiele kobiet szyjących sobie stroje z epoki i wiem, że dziewczyny chodzą w nich do pracy, bo wyglądają one i stylowo, i współcześnie. Jeżeli ktoś poświęci kilkanaście godzin na uszycie bluzki, to nie wyrzuci jej po pół roku. Z drugiej strony narzekamy, że np. dżinsy są teraz bardzo słabe. Są, bo genetycznie zmodyfikowano bawełnę, z której są je uszyto. Ma znacznie krótsze i słabsze włókno.

Czy to znaczy, że nasze ubrania nie pozostaną w kolekcjach muzealnych, bo po prostu się rozsypią?

One już teraz do kolekcji trafiają, ale nie są to ubrania codzienne, a raczej stroje haute couture czy należące do jakichś ważnych osobistości. Wiem, że światowe muzea kupują niektóre ubrania z nowych kolekcji, np. przepiękne ubiory Alexandra Mc Queen’a, które trafiły do brytyjskich i amerykańskich placówek.

Z jakimi problemami muzealnicy spotykają się, jeśli chodzi o ubrania?

W Polsce na pewno z brakiem strojów. Przez zawieruchy wojenne straciliśmy ogromną ilość narodowych pamiątek, zarówno z muzealnych, jak i prywatnych kolekcji. W Polsce niemal każdy zabytek ubioru jest na wagę złota, podczas gdy we Francji na targach staroci są stragany wypełnione XVIII-wiecznymi haftowanymi kamizelkami. Są amerykańskie domy aukcyjne, które specjalizują się w ubiorach. W Polsce jest kolekcjonerka, która ma w Poznaniu Muzeum Ubioru i wystawia w nim zakupione zabytkowe ubiory, ale w naszym kraju pojawiają się one bardzo rzadko. Wiadomo też, że stroje muszą być specjalnie przechowywane, zazwyczaj bez dostępu światła. Muszą mieć odpowiednie warunki, jeśli chodzi o wilgotność czy temperaturę i być zapakowane w specjalny, bezkwasowy papier, który nie będzie oddziaływał na tkaninę. Warto też dodać, że u nas świadomość historii ubioru jest bardzo niska. Wydawałoby się, że będziemy dbali przynajmniej o kontusze, a okazuje się, że wielu Polaków nawet nie wie, co to jest.

Może w szkole na lekcjach historii powinniśmy odejść od wkuwania dat na rzecz innych treści?

Wiele dzieci w wieku szkolnym szczerze nienawidzi historii, a równocześnie ciężko je wyciągnąć ze skansenu archeologicznego, rekonstrukcji czy pokazów. W naszych pokazach dzieciaki bardzo chętnie uczestniczą, świetnie się przy tym bawiąc, a przy tym chętnie dzielą się swoimi opowieściami z rówieśnikami. Niestety, najpierw każemy dzieciom zapamiętywać daty jakichś bitew czy traktatów, a potem widzimy, jak Węgrzy w XIV wieku przywożą paprykę na Wawel…

Czy mężczyźni-muzealnicy też interesują się strojami?

Tak. Widzę też, że mężczyźni chętnie ubraliby się lepiej pracując w muzeum. Zawsze dopytują o fraki czy surduty, bo twierdzą, że fajnie byłoby się tak pokazać. Biorąc pod uwagę fakt, że moda męska nie zmienia się szybko, chyba nie zwróciliby uwagi odmiennością ubioru. Panie z kolei zawsze obawiają się gorsetów i długich spódnic – moim zdaniem niesłusznie.

Czy noszenie takiego stroju wymusza na nas inną postawę, zachowanie?

O tak, to natychmiast widać! Już dawno temu, na początku mojej pracy widziałam, że kiedy mężczyźni zrzucali do przymiarek dżinsy czy koszulki i ubierali piękne stroje, cała ich postawa od razu się zmieniała. U kobiet w momencie, kiedy zakłada się gorset, zmienia się i sylwetka, i sposób poruszania. Jeśli ktoś tego nie zrobi, wygląda okropnie. Najokropniejszą rzeczą, jaką można zobaczyć, jest garbiąca się dziewczyna w gorsecie, w czym niestety celują Amerykanki. Przeglądając XIX-wieczne malarstwo rodzajowe możemy „przyłapać” jakąś siedzącą kobietę, która wręcz „zwisa” w gorsecie. Jest to najczęściej przedstawienie osoby strasznie zmęczonej i zniechęconej. Na co dzień nikt nie pozwalał sobie na takie zaniedbanie, bo świadczyłoby to o upadku społeczno – obyczajowym. Ten słynny element edukacji dzieci „Nie garb się” łączył się właśnie z tym, żeby chodzić prosto i nosić głowę wysoko.

Może to też warto byłoby przenieść do dzisiejszych czasów?

O tak, na pewno…

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

Najnowsze artykuły autora