sobota, 25 czerwca, 2022

W tym muzeum rządzę ja

„Emocje to nie ogórki, nie można ich kisić” twierdzi Arkadiusz Bronowicki i dlatego w utworzonym przez niego Klubowym Muzeum Retrokomputerów Gier i Demosceny w Opolu można… krzyczeć. Podobne podejście pan Arek prezentuje w odniesieniu do dotykania eksponatów: to muzeum jest z założenia żywe i komputery służą tam do grania, a nie tylko oglądania. Kocha to, co robi, ale w pewnych okolicznościach bez wahania sprzedałby muzeum komu innemu. W jakich? Zapraszamy do lektury wywiadu, który przeprowadziła Ada Buniewicz.

Zacznijmy od tradycyjnego pytania: dlaczego stworzył pan to muzeum?

Mam odpowiedzieć zgodnie z prawdą? Bo chciałem. Stwierdziłem, że teraz albo nigdy, a komputerów nazbierało się na tyle dużo, że uznałem: warto je pokazać. Był to więc pewien kaprys, ale nie kapryśnego dziecka, tylko spełnienie swojego marzenia przez kogoś, kto jest chomikiem, zbieraczem. To był spontan: wracałem do domu i w centrum miasta zobaczyłem lokal do wynajęcia. Zadzwoniłem i wynająłem…

Szybka decyzja.

Większość decyzji w moim życiu tak podejmuję: najpierw działam, a później myślę, czy dobrze zrobiłem… Ale to się sprawdza; uważam, że pierwsze emocje, które się pojawiają, są dobre.

Czy prezentowane w muzeum komputery to pana prywatne zbiory?

Tak, zbieram je od prawie 30 lat; pochodzą z czasów, kiedy jeszcze retro nie było retro, ale były to sprzęty używane. Pierwszy ścisk serca datuję na 1995 rok: wyprowadzałem się wówczas z domu i w szafie znalazłem stację dysków. Zapytałem mamę: gdzie reszta? A ona na to: ja myślałam, że to zepsute i wyrzuciłam… I się zaczęło: do stacji trzeba było dokupić „Commodorka” i potem już poszło.

Zdarza się, że ludzie przynoszą panu jakieś eksponaty?

Oj tak, teraz mamy zatrzęsienie takich „darów”! Na początku rzeczywiście było tak, że ja kupowałem, a ceny były wtedy śmiesznie niskie, bo retro nie było modne – ba, to wtedy w ogóle nie było retro. Ludzie pozbywali się tych urządzeń, bo pojawiły się już „pecety”, nowocześniejsze sprzęty, więc te starsze kosztowały grosze. Zdarzało się, że można je było znaleźć na śmietniku… W tej chwili ludzie mi przynoszą bardzo dużo eksponatów; nie chcą, żeby leżały w szafie, a widzą, że dzieją się z nimi fajne rzeczy. Czasem są to prawdziwe perełki, i to w doskonałym stanie, wręcz fabrycznym. To budujące, że ludzie tak dbają o sprzęt.

Dla kogo właściwie jest pana muzeum?

Mam odpowiedzieć zgodnie z prawdą? Dla mnie. Ale to nieco przewrotne stwierdzenie, bo robię to dla siebie wiedząc, że dostanę zastrzyk energii, kiedy do muzeum przyjdą ludzie. Początki były trudne: nikt do muzeum nie przychodził, siedziałem w nim sam, bo nikt nie wiedział o jego istnieniu. Ale i tak sprawiało mi to frajdę, bo wchodziłem do lokalu w centrum miasta, w którym stoją prawie wszystkie moje komputery (w zasadzie jedna trzecia, bo więcej się nie zmieściło 😊), mogę je włączyć i mogę się bawić. Ludzie, którzy stopniowo zaczęli się pojawiać, ich radość z tego, że też mogą się pobawić była i jest dla mnie zastrzykiem energii. Dobro przyciąga dobro, radość przyciąga radość, więc jeśli ja się cieszę, to i oni się cieszą. A ja cieszę się z tego, że oni się cieszą. I to jest piękne.

Ale bywają u was raczej ludzi młodzi czy starsi?

W każdym wieku. Nasz najmłodszy gość wyglądał na 4-latka, przyszedł z dziadkiem. Zapamiętałem go bardzo, bo – po pierwsze – bardzo dobrze mówił, a po drugie – dokładnie wiedział, czego chce. Chciał jeździć samochodem i żadna inna gra nie wchodziła w rachubę. Z kolei najstarszy gość nie grał, ale przyszedł pooglądać; miał na oko prawie 100 lat i kochał motoryzację. Miał Nyskę, którą z racji wieku – jak to określił – nie mógł się opiekować i sprzedał ją innemu kolekcjonerowi, ale miał ją od zawsze, pewnie jakieś 50 lat. Przyszedł się pochwalić, że też jest zbieraczem, ale trochę innym. Przekrój wiekowy naszych gości jest więc ogromny, ale najczęściej są to rodzice w wieku 40+, którzy wychowali się na tych sprzętach i przychodzą do nas z młodszymi czy starszymi dziećmi i wspólnie się bawią. Najczęściej są to 10-12- latkowie i ich rodzice, którzy po wejściu do muzeum mają tyle samo lat, co ich dzieci.

Mówi pan, że się bawią, więc rozumiem, że u was można dotykać eksponaty?

U nas należy je dotykać, to jest założenie tego muzeum, to jest muzeum żywe. Eksponaty działają, przychodzi się i włącza grę. Nie są odnawiane czyli przywracane do stanu fabrycznego, bo wyszedłem z założenia, że mając 30 czy 40 lat muszą wyglądać na swój wiek. Ma być widać te pożółkłe obudowy czy klawisze i to, że nie jest to sprzęt kupiony przed chwilą w markecie, a jest naprawdę stary. To też robi odpowiednie wrażenie: ojej, to jeszcze działa?!

Kapci nie ma?

Nie ma ani szurania kapciami, ani ciszy, a wręcz przeciwnie: zachęcam do krzyku i okazywania emocji, bo tak zachowują się dzieci – bez względu na to, czy mają 10 lat czy 50… Rodzice często uspokajają dzieci nie pozwalając im na emocje. Dziecko wygrywa w jakiejś grze i zaczyna krzyczeć, a rodzic mówi: cicho, cicho, przestań krzyczeć. W tym momencie podchodzę ja i mówię: w tym muzeum rządzę ja i proszę krzyczeć. Emocje to nie ogórki, nie można ich kisić. Właśnie te żywiołowe reakcje dzieci są w tym wszystkim najcudowniejsze. Jedynym warunkiem jest to, że nie jemy i nie pijemy przy stolikach z komputerami, bo z zawodu jestem informatykiem i widziałem już zbyt wiele zalanych kawą klawiatur… Zawsze też uspokajam, że jeśli joystick się zepsuje (a psują się, bo są przecież „z epoki”), to się go po prostu wymieni.

Jaki jest minimalny wiek komputera, żeby dla pana stał się eksponatem?

Myślę, że właśnie ten 1995 rok. Trzymam się tego dość restrykcyjnie, choć jest na przykład konsola Playstation 2, której jeszcze nie mam  w muzeum, ale wiem, że kiedyś pojawi się u nas na jakimś wydarzeniu. Na pewno jednak eksponatami mogą być wszystkie komputery i konsole, które powstały w latach 80-tych i 90-tych jako domowe mikrokomputery. U mnie nie ma „pecetów”, bo dla mnie nie były to nigdy maszynki do rozrywki.

Ma pan kontakt z innymi muzealnikami?

Tak, choćby z Muzeum Historii Komputerów i Elektroniki w Katowicach, muzeum we Wrocławiu czy Krakowie. Wszystkie one mają szerszy asortyment, włącznie ze sprzętem z epoki, ale nasze kontakty są bardzo przyjazne.

Porozmawiajmy o organizacji muzeum: prowadzi je stowarzyszenie (SMOK – przyp. red.), więc musi być „samofinansujące”?

Tak, w tym sensie, że ja je sam finansuję 😊 Pracuję w tygodniu, żeby w weekendy prowadzić muzeum. Chociaż z dumą stwierdzam fakt, że jest kilku patronów w serwisie patronite.pl. Dzięki tym donacjom, w zimie opłacam rachunki za gaz, a w ciągu ciepłych miesięcy po prostu mam wsparcie w opłatach za czynsz.

Mówi się, że siłą dzisiejszych muzeów stają się nowoczesne technologie: dotykowe ekrany, instalacje interaktywne itd. U was to raczej niewykonalne, więc w czym upatrujecie swoją szansę?

Nasze szanse wynikają wprost z możliwości rozpropagowania muzeum: im więcej gości nas odwiedzi, im więcej komentarzy pojawi się w internecie, tym więcej ludzi się o nas dowie. Traktuję to jednak – i nie wyobrażam sobie, by było inaczej – tylko i wyłącznie jako zabawę. To nie ma być cudownie działająca korporacja, która będzie się wszędzie reklamować. Obiecałem sobie, że w momencie, kiedy muzeum stanie się moją drugą pracą, sprzedam je i zajmę się czymś innym. Pasja moim zdaniem nie może być pracą. Muszę do muzeum lecieć na skrzydłach, a nie wstać i powiedzieć: o nie, znowu muszę tam iść… Inna sprawa, że moje zajęcie codzienne też jest związane z komputerami i kocham to, co robię, bo ja kocham komputery. Potrafię jednak oddzielić życie od spraw zawodowych.

Prywatnie chodzi pan do muzeów?

W Polsce zdarza mi się; mamy choćby u nas piękne muzeum w Bierkowicach. Fascynuje mnie, że zachowało się coś, co ma 200 czy 300 lat i mogę to oglądać, a nawet czasem dotknąć… Uwielbiam Londyn i tamtejsze muzea, w których są np. sarkofagi sprzed tysięcy lat. Kiedy pomyślę, że jakiś Egipcjanin tego dotykał, że jest tam jego DNA… Nie chodzę za to do muzeów sztuki.

Z którego eksponatu w swoim muzeum jest pan najbardziej dumny?

Są takie trzy: SX 64 czyli Commodore w wersji przenośnej, na który długo polowałem, komputer Apple 2 czyli starszy brat Mac’a i Amiga 4000. To „najwyższy” model Amigi i najbardziej wypasiony, jeśli chodzi o podzespoły w środku, bo kupiłem go od kolekcjonera, który włożył do niego wszystko, co się dało.

Czy jest jakiś eksponat, który chciałby pan mieć u siebie w muzeum?

Nieskromnie powiem, że mam chyba wszystko, czego chciałem. Są oczywiście jakieś perełki, o których wiem, że istnieją, ale nie jest tak, że muszę je mieć. Byłbym wówczas nieszczery w stosunku do siebie, bo byłoby to bardziej „chciejstwo”, a nie spełnianie marzeń z dzieciństwa. Jest cała masa rzeczy, o których nie marzyłem, a nawet nie miałem pojęcia o ich istnieniu, a mimo wszystko mam je w muzeum, bo tak sobie przestrzeń wymyśliła, że nagle ktoś zadzwonił i dał mi komputer Enterprise, o którym nie miałem pojęcia. Nie mam już marzeń wywołujących u mnie szybsze bicie serca, ale nie jest powiedziane, że to się nie zmieni.

Może ktoś pana zaskoczy…

Ja uwielbiam być zaskakiwany! Pewnie stąd moje spontaniczne decyzje, bo to zawsze jest niespodzianka.

Życzę więc panu jeszcze wielu niespodzianek i dziękuję za rozmowę 😊

foto: SMOK

Polecamy: SMOK czyli Stowarzyszenie Miłośników Oldschoolowych Komputerów

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Proszę wpisać swój komentarz!
Proszę podać swoje imię tutaj

Najnowsze artykuły autora